sobota, 21 lipca 2012

Sarenki są sprytne






  Miałem nadzieję, że będę mógł dziś opowiedzieć pięknie ilustrowaną historię, niestety, z ilustracji nici. Dzień był dzisiaj smutny. Chmury szorowały brzuchami po drzewach, padało bez przerwy. Rozsądek kazał siedzieć w domu, a ochota wołała do lasu. Zdjęcia satelitarne pokazywały, że jest malutka szansa na odrobinę Słońca wieczorem i to przeważyło. Ochota wygrała.
  Plan był taki, że jadę na przejażdżkę ale gdyby przestało padać, to ruszam w teren. Wybrałem wyjątkowo dziki zakątek, rzadko tu ktokolwiek dociera nawet gdy ciepło i słonecznie, więc w taki dzień spokój był gwarantowany. Pojechałem w miejsce bliżej mi nieznane. Przejeżdżałem tamtędy kilkakroć, widziałem przyleśne łąki, ale nigdy nie miałem czasu, by je spenetrować. Aż do dziś. Deszcz właśnie przestał padać. Zmieniłem traperki na gumowce, bo na starcie czekała mnie przeprawa przez rzeczkę i pogoniłem w trawy. Szedłem polną drogą, używaną przez (tfu) myśliwych. Po kilkuset metrach wszedłem w las i zrobiło się pod górkę. Gumowce to nie najlepsze buty do takiej wędrówki, omal nie wywinąłem orła, ślisko było jak diabli. Po krótkiej, acz intensywnej wspinaczce, z jęzorem na wierzchu dotarłem na piękną, zewsząd otoczoną lasem łąkę. Byłem tak padnięty, że decyzja była natychmiastowa. Postanowiłem posiedzieć tam do zmroku. Upatrzyłem sobie miejsce z korzystnym dla mnie wiatrem. Nie miało znaczenia, czy zwierzęta wyjdą na łąkę. Cisza była tak kojąca, że z samego siedzenia w tym pięknym otoczeniu czerpałem ogromną przyjemność. Po godzinie odezwał się mój telefon głosem słowika rdzawego. Naszarpałem się z plecakiem, żeby go wydobyć i gdy odbierałem połączenie stwierdziłem, że w czasie gdy mocowałem się z zamkami, na łąkę przed moim nosem, wyszły dwa koziołki. Szeptem przeprosiłem rozmówcę i przykleiłem się do wizjera. Pech chciał, że sarny były delikatnie przysłonięte wzgórzem, czekałem zatem aż podejdą bliżej, zdjęcia robiąc z rzadka. 
  Obydwa koziołki były młode, ale jeden z nich był nieco mniejszy i wyczyniał takie harce, że śmiać się chciało. Ze wszystkich sił próbował skłonić kumpla do zabawy. Podskakiwał przed nim, pochylał głowę strasząc malutkimi różkami, udawał, że przed nim ucieka, albo próbował go gonić. Starszy kolega zachowywał się statecznie, ale w końcu ustąpił i pogonił młodego po ciasnym okręgu. Niesamowicie szybko potrafią biegać. Wrócił potem do skubania trawy,  a młodszy znalazł sobie inną zabawę. Łąka było świeżo skoszona - myśliwi przyszykowali sobie czyste pole do strzału. Leżało dużo ściętej, nie zebranej trawy i nią właśnie koziołek się zajął. Pochylał głowę, nabierał na różki i starał się wyrzucić ją jak najwyżej w górę. Ubaw na całego.
  Miałem co podziwiać, choć ciągle przebywały w takim miejscu, że nie mogłem fotografować. Było też bardzo mało światła. Chmury dalej drapały się o wierzchołki drzew. Deszcz zaczął lekko siąpić. Starszy koziołek wszedł w las, a młodszy przebiegł przede mną w takim tempie, że nie nadążyłem za nim aparatu obrócić i również zapadł w gęstwinę. Po kilkunastu minutach usłyszałem wyraźne odgłosy przedzierania się przez zarośla, dobiegające z lasu, który miałem po prawej stronie. Jak najszybciej przestawiłem statyw i poprawiłem maskowanie. Chwilę później pojawił się ten sam młodszy koziołek. Tym razem był blisko i nic mi go nie przysłaniało, ale zrobiło się późno i światła znacznie ubyło. Próbowałem fotografować, jednak przy 1/8 sekundy i ogniskowej 400mm moje próby były skazane na niepowodzenie.
  To właśnie ów rozrabiaka, który dostarczył mi tyle uciechy. Oczywiście usłyszał migawkę i zainteresował się tą dziwną stertą czegoś nieokreślonego, która rozkraczyła się na łące i wydawała z siebie dziwne, metaliczne odgłosy. Najpierw spróbował mnie nabrać w typowy sposób. Udał, że zaczyna skubać trawę, a następnie błyskawicznie podniósł głowę. Nie dałem się nabrać, a on udowodnił, że choć młody, to głupi nie jest. Doszedł do wniosku, że skoro nie może wzrokiem dostrzec cóż to za dziwak tam jest, to użyje nosa. Zaszedł mnie od tyłu, doskonale wiedział skąd wieje wiatr. Sprawdzanie długo nie trwało. Gdy stanął po zawietrznej, reakcja była natychmiastowa. Sprint do lasu i tyle go widziałem.
  Zdarzyło mi się obserwować sarny i nie pierwszy raz miałem okazję utwierdzić się w przekonaniu, że ich leśna egzystencja nie sprowadza się do przeżuwania zieleniny i unikania niebezpieczeństw. Lubią harce, robią sobie różne kawały i uwielbiają się bawić. Oglądanie takich zachowań to czysta przyjemność.
  Czas się było zbierać i pół godziny później byłem już w aucie. Ledwo wyjechałem z łąki, jak musiałem przepuścić przechodzące przez drogę jelenie. Za zakrętem zobaczyłem idące poboczem dziki. Kilka kilometrów dalej skręciłem w dolinkę, którą nazywam Eldorado albo Las Vegas. Eldorado, bo to kilkanaście kilometrów przyleśnych łąk, bez słupów energetycznych i jakichkolwiek śladów bytności człowieka. Teraźniejszej bytności, bo rosną tam drzewa owocowe, pozostałość po dawnych sadach. A dlaczego Las Vegas? Kiedyś rozmawiałem z żołnierzami Straży Granicznej, którzy te tereny patrolują. Jeden z nich wyraził się tak: "Panie, jak się tamtędy w nocy jedzie i poświeci się na te łąki mocnym reflektorem, to widać tyle świecących oczu, że wygląda to jak neony w Las Vegas." 
  Tego wieczoru Eldorado pełne było neonów. Naliczyłem kilkadziesiąt jeleni i kilkanaście dzików. Gdy wjechałem w las musiałem trzykroć jeszcze przepuszczać dziki. Nie boją się zanadto samochodu i mogłem z kilku metrów obserwować jak cała dzicza wataha powoli kryje się w lesie, razem z malutkimi warchlaczkami, które jak pierzaste kuleczki drobiły nóżkami za dorosłymi. Jeszcze takiej migracji dzików jednego dnia nie oglądałem.
Tak oto skończył się ten deszczowy dzień. Nie warto siedzieć w domu, nawet jeśli pogoda nie dopisuje.