wtorek, 21 listopada 2017

Nie używam Photoshopa (za wyjątkiem wyjątków)

   Wszystkie moje zdjęcia zapisuję w formacie RAW i wywołuję w Lightroomie. Photoshop, jako niezbędne i konieczne narzędzie, wykorzystuję tylko przy astrofotografii. I tak pewnie byłoby nadal, gdyby nie wyjątek, o którym poniżej.
   Wybraliśmy się na Bukowe Berdo. Dzień był gorący jak diabli, na szczycie byliśmy wcześnie. Po znalezieniu wygodnego siedziska, raczyliśmy się spokojem w oczekiwaniu na zachód. Niebo tego dnia usiane było chmurkami, które co rusz przysłaniały Słoneczko. W pewnym momencie pojedynczy promień przebił się przez chmury i ładnie podkreślił las na zboczu Caryńskiej. Uchwyciłem to na zdjęciu, ale atmosfera była mało przejrzysta i zdjęcie wyszło jak pokazuje poniższy obrazek (wywołany z RAW-a bez żadnych korekt):




Hm... Gdyby to tak wyglądało w naturze, to pewnie bym nawet nie zwrócił uwagi. Aparat w tych warunkach się nie popisał. Dlatego postanowiłem zadziałać tak, by obrazek bliższy był temu, co widziałem. Funkcji w Lightroomie zabrakło i w tym jednym, jedynym przypadku skorzystałem z Photoshopa, a konkretnie z procedury usuwania gradientów, którą stosuję przy obróbce astrofotek.
Wyszło tak:


 

wtorek, 14 listopada 2017

Zdarzyło się w pażdzierniku




   Było tak. W poniedziałek srana, przed pracą, popatrzyłem na prognozy pogody. Orkan szalejący gdzieś nad Irlandią sprawił, że do Polski trafiło cieplutkie powietrze z południa. Niebo niebieskie, Słoneczko świeci, w lasach złota jesień. Przez głowę przeszła myśl, że to ostatnia szansa, bo za chwilę będzie chłód, wiatr i deszczowa siąpawica. A gdyby tak, dzisiaj do pracy, a od jutra, aż do piątku urlopik? Pojechałem więc rozpoznać bojem, czy pracowe obowiązki pozwolą. Różowo nie było, ale też bez tragedii. Uznałem, że jak zniknę na resztę tygodnia, krew się nie poleje. Trzy minuty i hotel zarezerwowany.
  Od tego momentu wszystko się zaczęło sprzysięgać przeciw. W pracy problemów nie ubyło. W domu, syn właśnie złapał przeziębienie, smarkał i kichał rozsiewając bakteryjną zgrozę. Na sam koniec dnia kręgosłup wziął i strzelił. Tak o fu. Pochyliłem się, a tam chrup, boli jak cholera, nie pozwala się wyprostować, chodzić, siedzieć, leżeć. Na nic nie pozwala. Bilans dnia? W pracy niewesoło, w domu średnio na jeża, kręgosłup niesprawny, hotel zarezerwowany, wolne właśnie idzie hajciu? Rozsądek podpowiada, że urlop trzeba będzie zużyć na rehabilitanta. Ochota woła "pieprzyć rozsądek."
  Zdałem się na los. Szybki skok na stronę random.org. Wybór oczywisty. Trzy rzuty naszą rodzimą pięciozłotówką. Orły górą - jadę. Reszka? Jaka reszka?  
Ano taka. Rzut pokazał trzy śliczniutkie reszki. Jakby orzeł w tej monecie nigdy nie istniał. I wtedy zrodził się bunt. Pieprzyć reszkę, pieprzyć kręgosłup, pieprzyć przeciwności losu. I pojechałem. Akurat, żeby wykorzystać piękną pogodę i żeby bakterie, sprzedane przez syna, zdążyły się rozwinąć w chorobę.








niedziela, 12 listopada 2017

Szepit zwany Szeptem


   Dla mnie ten typ fotografii to nowe doświadczenie. Aparat na statywie, filtr polaryzacyjny, długie czasy, spokojna praca bo wodospad nie jeleń, nie ucieknie. Dziękuję mojej przemiłej towarzyszce, że tak cierpliwie czekała (mimo dość chłodnego dnia), aż gorączka fotograficzna mnie. A propos gorączki, to był ostatni dzień urlopu, który zakończył się przeziębieniem. Pamiętam, że tego dnia już mnie zaczynało rozbierać, ale gdy dotarliśmy na miejsce, o niedyspozycji zupełnie zapomniałem. 




wtorek, 31 października 2017

Jesienne ostatki



   Orkany wszelkiej maści właśnie ogołacają resztki liściastej okrywy z drzew. Lada moment, w lesie już tylko nagi badyl będzie rządził przez najbliższych pięć miesięcy. Ten, co widzi szklankę w połowie pustą, będzie marudził, że las smutny. Inni się cieszą, że stanie się przejrzysty. W dupie mam jednych i drugich, bo las jest las. Zawsze piękny. Tymczasem garść jesiennych, leśnych drobiazgów.





środa, 25 października 2017

Do trzech razy sztuka


   Za pierwszym razem trafiłem w to miejsce przypadkiem. Wiedziałem, że takowe istnieje. Szereg progów skalnych na rzece Tanew tworzy atrakcję turystyczną. Lokalizację znałem tylko prowizorycznie i gdzieś przy okazji wycieczki do Puszczy Solskiej trafiłem tam niechcący. Pogoda była paskudna, szaro, zimno i żabami rzucało. Zakonotowałem więc miejscówkę w głowie i nawet z auta nie wysiadłem.
   Za drugim razem pojechałem tam w piękny słoneczny dzień. Dziki, wyjący tłum na parkingu skutecznie mnie odstraszył i znów z auta dupska nie ruszyłem.
   Za trzecim, na parkingu było pusto, a z nieba siąpiło mniej lub bardziej leniwie. I ten trzeci raz okazał się być bardzo sympatycznym, bo przez większość czasu mogliśmy w ciszy i spokoju skupić się na fotografowaniu. 






poniedziałek, 9 października 2017

Żybki


   Nie wiem dlaczego, ale wyrazy przekręcam na potęgę, bawiąc się językiem mówionym. Stąd grzybki, to żybki, Grześ, to Żeś, a Księżyc to Sieńka. To ostatnie, przyznaję uczciwie, podsłuchane o siostrzenicy.
   A propos, nie ma większych przekręcaczy jak dzieci. Konia z rzędem temu, kto wyjaśni dlaczego mój syn, gdy był mały, na ulubione wafelki mówił "kiju." Hit sezonu usłyszałem w audycji poświęconej dzieciom w radiowej Trójce. Maluszek skarżył się prowadzącej, że nie lubi świąt bo musi jeść "zwiędliny." 
   Ja tam zwiędliny na święta lubię, a dzisiaj sterta żybków, z okazji niedawnych żybobrań.





Drzewo i drzewko


   Znałem kiedyś pewną panią nauczycielkę, która zamiast "drzewo" mówiła "dżewo." Świadoma tego faktu nie była, więc jeśli jakieś dziecko powiedziało "dżewo" to pani grzecznie poprawiała: "dziecko drogie, nie mówi się dżewo, tylko dżewo..."
   Dzisiaj zatem dżewko i dżewo. W opozycji bo jedno właśnie wydaje liście, a drugie traci. Oddzielone w czasie i przestrzeni. Tak to już bywa, gdy się do fotograficznej szuflady zagląda.



poniedziałek, 11 września 2017

Wrota lasu



   Tak się złożyło, że w ostatnim miesiącu odwiedziłem kilka różnych kompleksów leśnych. Moje ulubione, w Eldorado (lekko pofalowane), trochę bieszczadzkich (wręcz zmarszczone), a ostatniej niedzieli coś z zupełnie innej bajki, czyli płasko i piaskiem posypane.
   Na dysku powoli gromadziły się fotki i sam nie wiedziałem co z nimi począć. Czy tak po prostu wrzucić, czy może je tematycznie łączyć. Dopiero dzisiaj mnie olśniło, że taką różnorodność wciśniętą w jeden wpis, ktoś może znajdzie interesującą. Oto i one zatem. Lasy maści niemal wszelakiej. Uprzedzam - jest tego trochę :)










sobota, 2 września 2017

Wielka Rawka


   Kilka zdjęć z wyprawy na kolejną bieszczadzką połoninę. Zdecydowaliśmy się na podejście na Wielką Rawkę, niebieskim szlakiem z Ustrzyk Górnych. Oferuje długi odcinek przez naprawdę ciekawy las. W trakcie tego podejścia miałem taką myśl, że wiele z mijanych osób, leśne podejście traktuje jako konieczność by cieszyć oczy widokiem z góry. Dla nas połonina - super sprawa - ale jako wisienka na leśnym torcie.






niedziela, 27 sierpnia 2017

Pochmurne Bieszczady


   Droga na Szeroki Wierch wiedzie głównie przez las. Dopiero końcówka, podejście na pierwszy wierzchołek, to połoniny. Przez cały czas towarzyszyło nam Słońce za wyjątkiem tego spędzonego na szczycie. Zrobiło się pochmurno i wietrznie. Na dodatek atmosfera do przejrzystych nie należała. Wszystko spowite mgiełką. Dlatego tym razem Bieszczady bez koloru.
   Tylko dwie fotki. Krótkim i długim obiektywem. Wprawne oko wypatrzy na szerokim ujęciu, tę samą górkę, która jest na wąskim. Zwróćcie uwagę ile fajnych detali, długi obiektyw potrafi odkryć. Mam na myśli te odległe plany, ledwo widoczne w oddali.



środa, 23 sierpnia 2017

Nad rzeczką, opodal krzaczka..

...spotkałem raczka. Było ich całkiem sporo, ten na zdjęciu poniżej to najbardziej okazały osobnik. W zasadzie rzeczki były dwie. Mniejsza i większa. Jedna blisko cywilizacji, druga w dziczy, z takimi smaczkami jak tropy wilków na błotnistym brzegu.