wtorek, 24 grudnia 2013

Zapuściłem żurawia do szuflady...

... i postanowiłem nieco ją oczyścić. Ten rok stał zdecydowanie pod znakiem astrofotografii i więcej czasu spędziłem pod czystym nocnym niebem niż w lesie, ale cosik malowanego naszym, ziemskim światłem, się jednak uskładało:


























środa, 27 listopada 2013

Chmurny Orion*



   Przez dwie noce zbierałem materiał do tego zdjęcia. Jesienią to swoisty rekord, bo jak dotąd to były w zasadzie jedyne gwieździste noce, jakimi pogoda nas niechętnie obdarowała, przy okazji nie szczędząc wiatru i cirrusów, które rozmamłały obraz i zepsuły sporo klatek. 

  Orion to w naszych szerokościach geograficznych gwiazdozbiór położony dosyć nisko nad horyzontem przez co czas na fotografowanie jest ograniczony. Trzeba też zadbać aby południowy skłon nieba nie był nadto rozświetlony przez sodowe lampy miast i wiosek. Pierwszej nocy - blisko miesiąc temu - udało się zebrać 21 klatek po 8 minut każda. To niemal 3 godziny naświetlania, więc byłem pewien, że szerokie ujęcie Króla Zimowego Nieba już mam. Gdzie tam. Obróbka szła jak po grudzie, po kilku próbach odpuściłem. Gdy tydzień później pogoda zaś dopisała, postanowiłem dokończyć com zaczął. To była ciekawa noc. Przez niebo przewalały się cienkie pasma chmur. Nie dość, aby poddać tyły, ale wystarczająco, by napsuć krwi. Co rusz trafiały się silniejsze podmuchy wiatru, które psuły stabilność prowadzenia. Spalił się bezpiecznik gniazdka samochodowej zapalniczki. O drugiej w nocy, z latarką w zębach szperałem po instrukcji, który to drań tak haniebnie zawiódł. Żeby się doń dobrać, trzeba było wykonać akrobację naziemną przy otwartych drzwiach, odkręcić trzy śruby mocujące pokrywę bezpieczników. Nie mogłem znaleźć zapasowych choć pewien byłem, że gdzieś są (bo były, o czym przekonałem się następnego dnia). O trzeciej - z braku prądu - laptop poddał się ostatecznie, a we mnie jakiś diabli upór wstąpił. Z plecaka wyjąłem radiowy sterownik, nastawiłem czas i ilość ekspozycji, podpiąłem do aparatu i podrzemując, zbierałem materiał aż zaczęło widnieć.

 Jakież było moje rozczarowanie, gdy okazało się, że chmury zepsuły większość zdjęć. Po długich a ciężkich zmaganiach z 45 klatek, które z obydwu nocy udało się (nieco na siłę) wyselekcjonować, powstało zdjęcie, które nie jest tak dobre jak chciałem, ale też nie tak złe, bym musiał je wstydliwie ukrywać.


* - początkowo Orion, jak na mężnego wojownika przystało, puszył się w wertykalnej pozycji. Problem w tym, że zdjęcie w pionowym układzie słabo prezentuje się na ekranach monitorów dlatego zdecydowałem się jednak na kadr poziomy. Dzięki temu, po kliknięciu na zdjęcie, zaprezentuje się w pełnej krasie.

niedziela, 6 października 2013

Galaktyka jest na pasie Oriona...


   Już wiem co będę robił w zimie. Będę fotografował Oriona. Moim zdaniem to najpiękniejszy i najbardziej charakterystyczny gwiazdozbiór na niebie i bez dwóch zdań Król Nieba Zimowego. 
  Musiał zrobić na mnie solidne wrażenie, skoro nasze pierwsze spotkanie zapadło mi w pamięć. Lat miałem może czternaście gdy każdej pogodnej nocy, z książczyną i obrotową mapką nieba rozpoznawałem kolejne konstelacje. Którejś nocy obudziłem się o trzeciej nad ranem i w głowie zaświtała myśl: "pewnie wzeszedł już Orion." Jako, że to gwiazdozbiór zimowy, próżno wypatrywać go latem. Jesienią wschodzi na ranem, w zimie pyszni się dumnie nad południowym horyzontem, by wiosną zniknąć na kolejne sześć miesięcy.
   Skoro zerwałem się o trzeciej musiała to być wczesna jesień. Pogoniłem do okna i zobaczyłem go natychmiast. Odnajdywanie poszczególnych konstelacji bywa zajęciem żmudnym. Wiele z nich jest słabiutkich, potrzeba naprawdę ciemnego nieba, by dostrzec narysowany na mapce kształt. Nie dotyczy to Oriona. Jest wielki, jasny i tworzy kształt tak charakterystyczny, że nie trzeba go na niebie wyszukiwać. Po prostu jest. Zachwycił mnie tej nocy niebywale i od tego czasu, przez kolejne trzydzieści lat witamy się każdego roku jak starzy przyjaciele.
   Tym razem spotkaliśmy się już we wrześniu, gdy bladym świtem wracałem z kolejnej gwiezdnej nasiadówki, ale pierwsza fotograficzna sesja miała miejsce dopiero teraz.
   Tej nocy głównym obiektem były pyłowe mgławice Cefeusza, ale nad ranem Orion tak cudownie mrugał do mnie gwiazdkami, że nie wytrzymałem. Wycelowałem aparat i zebrałem raptem dziewięć klatek (po 600 sekund każda). To zbyt mało, żeby oddać jego urok, ale i tak pokazał klasę. Sezon na Oriona uważam za oficjalnie rozpoczęty i poświęcę mu (oby pogoda dopisała) wiele kadrów.

Kalifornia w chmurach

To była noc dziwów i cudów, niestety z gatunku niemiłych. Najpierw świrował guiding. W osi Y raz na jakiś czas - bez grama przyzwoitości, bo w sposób całkowicie nieprzewidywalny - pojawiał się strzał na +5, co skutecznie psuło klatkę. W głowę zachodziłem przyczyn. Potem guiding postanowił się zrehabilitować bo przez kolejne 5 godzin prowadził idealnie i bez zarzutu, w życiu nie widziałem tak równego wykresu w obydwu osiach, ale współpracy odmówił aparat. Przy zapisie klatek APT się wieszał i basta. Wiecie jak to boli, gdy 599 sekund niecierpliwego czekania na kolejny kadr zostaje bezpowrotnie zmarnowane.
   Postanowiłem temu zaradzić i w opcjach APT dałem zapis tylko na kartę. Trudno. Nie będę miał w laptopie podglądu na schodzące klatki, ale ponieważ kadr był ustawiony, ostrość również, więc mogłem sobie na to pozwolić. Tak zrobiłem i... prawie się udało. APT przestał się wieszać, ale raz na jakiś czas - zaś bez grama przyzwoitości (czytaj: losowo) - postanowił nie wyłączać migawki wraz z upływem zadanego czasu. Klatki ustawiłem po 600 sekund, i APT grzecznie je robił, ale czasami przysypiał (ja również) i nie kończył naświetlać. Dzięki temu złapałem kadr z czasem 1564 sekund (obydwaj przysnęliśmy). Potem już ciula pilnowałem aż do końca sesji. Dzisiaj, gdy siadłem do materiału, przekonałem się, że praktycznie wszystkie ekspozycje zrobione zostały przez jakiegoś paskudnego cirrusa lub inną cholerę. No cóż. Nawet w Kalifornii chmurwy się trafiają.

sobota, 21 września 2013

Pożegnanie Astrowalkera


   Przyszedł czas by pożegnać astro wędrowniczka, który towarzyszył mi od marca i wydatnie pomagał utrwalać niebieskie pejzaże. Wiem, świnia jestem, że się z nim rozstaję, ale niech innym teraz służy i zaraża pasją astrofotografowania. Mnie dopadło zaawansowane stadium choroby i rozpocząłem destrukcyjny (dla domowych finansów) wyścig zbrojeń. To ostatnie zdjęcia popełnione tym znakomitym - szczególnie w relacji cena/jakość - nożycowym napędem. 




 

czwartek, 22 sierpnia 2013

Mniej lub bardziej Mleczna Droga

   Astrofotografia to żmudne i frustrujące zajęcie, szczególnie dla nowicjuszy. Przyznaję szczerze i bez bicia, że znacznie łatwiej opowiadać jest o wędrówce po lasach i dzikich ostępach niż relacjonować kolejną zarwaną noc. Wszystkie są do siebie podobne, najpierw męczarnia, żeby jak najdokładniej ustawić montaż, potem żmudne, bardzo precyzyjne ustawianie ostrości, jeszcze żmudniejsze celowanie w obiekt i ustawianie kadru, a potem... dwie godziny nudy, aparat zbiera kolejne klatki, a mnie pozostaje jedynie raz na jakiś czas sprawdzić, czy wszystko działa jak należy. Nie ma się nad czym rozwodzić i historia większości zdjęć jest bardzo podobna. Z tą fotografią jest jednak odrobinkę inaczej. Powstała wprawdzie w takim samym, czaso i pracochłonnym procesie jak każda inna, ale gdyby nie konkurs ogłoszony na Astropolis.pl nigdy bym jej nie popełnił.
   Konkurs dotyczył malutkiej, niebieskawej mgławicy o tajemniczym symbolu VdB 126. To naprawdę maleństwo - od razu wiedziałem, że aby ją pokazać muszę użyć najdłuższego z moich obiektywów, a z tym wiążę się pewien problem. Im dłuższa ogniskowa tym prowadzenie montażu musi być bardziej precyzyjne. Spory problem sprawia też fakt, że obiekt ten obecnie jest w zenicie. Aby wycelować tam aparat muszę mocno odgiąć go od osi montażu, co nieznacznie odchyla oś obrotu. Żebym nie wiem jak precyzyjnie ustawił zestaw na biegun północny, sam fakt wycelowania w obiekt powoduje ugięcie i zwiększa błąd ustawienia, który najdłuższe szkło chętnie wyłapuje. Efekt jest natychmiast widoczny - na klatce, zamiast okrągłych gwiazd, są krótkie kreseczki. Nie da się w ten sposób fotografować.
   Kilka nocy poświęciłem na próby takiego ustawienia, aby móc zebrać konkursowy materiał. Udało mi się tylko raz - zebrałem 32 ekspozycje po 120 sekund. Byłem pewien, że to wystarczy, cieszyłem się jak dziecko z każdej kolejnej klatki, na której gwiazdy były ładne, punktowe. Dopiero w domu, w trakcie obróbki materiału, okazało się, że jest go jednak za mało. Ten obszar nieba jest dość ciemny. 64 minuty (łączny czas naświetlania) nie pozwolił na wystarczające wzmocnienie obrazu i obiekt zlewał się z szumem rozgrzanej matrycy - tak się złożyło, że były to naprawdę ciepłe noce z temperaturą powyżej 20 stopni.
  Próbowałem jeszcze kilkakroć. Zarywałem każdą noc, nie bacząc, że rano trzeba wstać do pracy. Za wszelką cenę chciałem dozbierać jeszcze nieco ekspozycji, co w połączeniu z wcześniejszymi pozwoliłoby dopracować zdjęcie i zgłosić je do konkursu. Nie udało się. 
   Tuż przed końcem terminu, zrezygnowany, ponownie wycelowałem w ten obszar nieba, tym razem jednak z założonym obiektywem 100mm. Jest mały, lekki, nie obciąża nadto montażu, a zdecydowanie krótsza ogniskowa jest bardziej łaskawa i wybacza niewielkie błędy. Zebrałem tylko 12 klatek, ale każda z nich naświetlana była po 5 minut, krótki obiektyw jest jaśniejszy, przepuszcza więcej światła, a noc w końcu była w miarę zimna - matryca nie grzała się tak bardzo. Zgłosiłem fotografię do konkursu, w zasadzie jako żart, bo wprawdzie obiekt konkursowy w kadrze jest, ale niemal niewidoczny. 
   Gdyby nie konkurs, nie zrobiłbym tego zdjęcia, a bardzo mi się podoba. Pokazuje piękny, ciemniejszy obszar Mlecznej Drogi z ogromnymi ilościami pyłu. Na zdjęciu można dostrzec niebieskie oczko, czyli mgławicę M27, jest też bardzo fajny układ gwiazd zwany wieszakiem, bo faktycznie przypomina odwrócony wieszak na ubrania. Na Astropolis ogłoszono już jesienną edycję konkursu, tym razem bohaterem zdjęć będzie galaktyka M33 - może tym razem szczęście dopisze i uda mi się do współpracy namówić najdłuższe szkło.

Bogactwa Cefeusza

   Fragment konstelacji Cefeusz, w której położona jest otwarta gromada gwiazd o symbolu IC1396 wraz z mgławicą emisyjną (czerwony obłoczek). Żółta gwiazda na jej obrzeżach - gwiazda Granat - to czerwony nadolbrzym. Jest jedną z najjaśniejszych gwiazd w naszej galaktyce (co nie oznacza, że jest najjaśniejsza na naszym niebie) i jednocześnie jedną z największych. Gdyby umieścić ją w centrum Układu Słonecznego, Merkury, Wenus, Ziemia, Mars i Jowisz znalazłyby się w jej wnętrzu. Prawdziwy kolos. 

Cygnus reaktywcja

   Podobny kadr popełniłem już wcześniej, wróciłem jednak w te rejony (i pewnie wrócę jeszcze nie raz), bo gwiazdozbiór Łabędź to ósmy cud świata i wstyd mi, żem tak go po macoszemu traktował, robiąc raptem po kilka klatek. Na to zdjęcie złożyło się ponad dwadzieścia czterominutowych ekspozycji, dzięki czemu udało się wydobyć więcej szczegółów.

czwartek, 18 lipca 2013

Nihil novi sub sole

      Samemu trudno mi uwierzyć, ale długi, długi czas minął, a nic mi zdjęć nie przybyło. Trochę poprawiłem ślicznotkę, doświetlając sporo nowych klatek, ale do pełni uroku ciągle jej jeszcze brakuje. Z braku nowego materiału, męczę stary. Na nowo zestackowałem i obrobiłem kilka wcześniejszych zdjęć. Całkowicie zaniedbałem owady, kwiatuszki, las i zwierzęta - mam nadzieję, że wkrótce ta niemota przejdzie zarówno w przyrodniczej fotografii jak i w astro. I tym mało optymistycznym akcentem...


wtorek, 18 czerwca 2013

Gwiezdne krajobrazy

  Coś mi mówi, że ten rok będzie pod znakiem astrofotografii. Nie spodziewałem się, że zwykły aparat odkryje tak niesłychane krajobrazy na gwieździstym niebie. Powyżej fragment Drogi Mlecznej w okolicach jej jądra. U nas położony nisko nad południowym horyzontem, przez co zwykle nie zwracamy nań uwagi, a to najpiękniejszy fragment nieba. Trudno od niego uciec, więc tym obszarom Drogi Mlecznej poświęciłem kilka fotografii:

   Nowym doświadczeniem jest dla mnie obcowanie z przyrodą w nocy. Moja fotograficzna miejscówka położona jest na skraju dużego lasu. Obeznany z głosami zwierząt, bez trudu odróżniam fuknięcie dzika czy szczeknięcie zaniepokojonej sarny. W nocy te odgłosy wydają się być wyjątkowo głośne. Niekiedy włazimy sobie w drogę, co niekonieczne zaliczam do miłych przeżyć. Naświetlanie poszczególnych klatek zajmuje sporo czasu. Gapię się wtedy na piękne niebo wypatrując meteorów, albo... czytam książkę. Jeśli zachowuję się wystarczająco cicho, zwierzaki mogą nie słyszeć obecności intruza na łące. Miałem już taką przygodę. 
Po kilkunastu minutach postanowiłem podejść do sprzętu i sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Nagle usłyszałem głośne, groźne warknięcie. Całe szczęście, że ten głos jest mi znany, inaczej przeraziłbym się nie na żarty, bo warkot dzika w niczym świnki nie przypomina, prędzej monstrum jakoweś czyhające w trawach na amatorów nocnych zdjęć. Mimo to, adrenalina skoczyła do góry, bo spotkanie dosyć zaskakujące. Nakrzyczałem na niego, a on mnie okrutnie obfuczał, niezadowolony, że ktoś mu przerywa posiłek. No dobra, żeby nie konfabulować zanadto, warkot to sygnał alarmowy dla stada, ostrzegający pobratymców o niebezpieczeństwie. Fuknięcia natomiast, adresowane były do intruza, miały trzymać mnie  na dystans, dopóki wataha się nie oddali. Dziki mają teraz młode warchlaczki i locha była bojowo nastawiona.


    Innym razem, po całkiem spokojnej nocy, gdy poskładałem już cały sprzęt i przyświecając sprawdzałem, czy aby wszystko zapakowane, usłyszałem coś. Nie wiem jak to opisać, bo to bardziej w sferze podświadomości było, ale odgłos, choć cichy, niemal niesłyszalny, jednak na tyle wyróżniający się wśród nocy, że natychmiast postawił mnie w stan alarmu. Zwierzę też coś wyczuło lub usłyszało, ale pogubiło się w kierunkach i pogoniło w moją stronę - tak przynajmniej mi się wydawało. Nic miłego, gdy goni ku nam coś, co nie wiadomo czym jest. Zdecydowanie lepiej się czuję, widząc sprawcę zamieszania. Poświeciłem w tamtą stronę słabiutką latareczką, ale tajemniczy gość zdążył zapaść w trawy i ukryty przed wzrokiem, pogonił w dal. Co to było - zabijcie - nie wiem. Chwilę wcześniej czułem zapach jeleni, stawiałbym na byka, bo o tej porze roku chodzą samotnie.

   A wracając do zdjęć...  w zenicie króluję już gwiazdozbiór Łabędź, który jest wyjątkowo zasobny w piękne obszary:

   I na koniec Antares - ponownie i na pewno nie po raz ostatni. Tym razem w szerszym kadrze:


niedziela, 16 czerwca 2013

Święty Graal

   Pod koniec fotograficznej nocy, nad lasem pojawił się ledwo dostrzegalny z powodu kiepskiej widoczności, układ gwiazd, a wśród nich galaktyka M31, najbliższa nam galaktyka spiralna. Warunki były fatalne, obiekt nisko nad pólnocno-wschodnim horyzontem, który właśnie zaczynał się rozjaśniać i na dodatek na tle łuny odległego o 20 km miasta. Nie mogłem się jednak powstrzymać. Wycelowałem aparat i zacząłem zbierać klatki, ale już piąta była zbyt jasna - świtało. Cztery klatki po 3 minuty to w astrofotografii tyle co nic, ale gwiazdozbiór Andromedy będzie nam na nocnym niebie towarzyszył przez najbliższe miesiące. Trafi się jeszcze okazja. Pocieszając się tą myślą pojechałem do domu, nie spodziewając, że takiej ślicznotce jak galaktyka Andromedy ani kiepska widoczność, ani krótki czas naświetlania przeszkadzać nie będzie.  
   M31 to mój Święty Graal. Dzieckiem małym będąc czytałem o niej, wypatrywałem przez lornetkę, ekscytowałem się, gdy w końcu udało mi się ją dostrzec gołym okiem, przeżywałem rozczarowanie, gdy w pożyczonym ze szkoły teleskopie zobaczyłem mglisty obłoczek, zamiast spektakularnego widoku, jakiego się spodziewałem. Pomyślcie, że to najdalszy obiekt, jaki możemy dostrzec nieuzbrojonym okiem. Czy to nie robi wrażenia, że patrzymy na obraz galaktyki z przed dwóch i pół miliona lat?
    Zawsze marzyłem o fotografowaniu M31, a ta dziewicza, pierwsza fotografia z użyciem napędu, który prowadzi aparat zgodnie z pozornym ruchem gwiazd, jest ich spełnieniem. Obok mgławicy M42 w Orionie, to chyba najczęściej fotografowany kosmiczny obiekt, ale... mam to w nosie. Będę tę ślicznotkę fotografował często i gęsto. W sumie, cieszę się, że takie kiepskie warunki były. Gdyby były świetne, oczekiwałbym pięknego zdjęcia. Były podłe, a ona i tak jest zachwycająca. Sami popatrzcie... 

wtorek, 28 maja 2013

Dzika Łąka

   Dzika z pewnością, choć tego dnia raczej "Dzicza Łąka", a tak w ogóle, to ona jest "BYCZA" w każdym calu. Raz dlatego, że to właśnie tam w zeszłym roku miałem przemiłą i długą sesję z jeleniami, a poza tym "bycza", bo jak inaczej określić miejsce, w którym tak często dochodzi do niezwykłych spotkań ze zwierzętami.
   Dziki zobaczyłem już z daleka. Żeby dojść w miejsce, w którym planowałem zasiadkę musiałem przejść obok. Byłem pewien, że je spłoszę, ale nie chciałem być nazbyt nachalny. Odbiłem nieco i minąłem je szerokim (tak mi się wydawało) łukiem, przy okazji tracąc grupkę z oczu, bo wysokie trawy i skłon łąki je przysłonił. Doszedłem na miejsce, zrzuciłem plecak, obróciłem się i... zobaczyłem moje dziki, może pięćdziesiąt metrów dalej. W panice zmieniłem szkła, podpiąłem statyw i zintegrowałem się z słupem ambonki (tfu) myśliwskiej, pod którą planowałem siedzieć. Bez żadnego maskowania starałem się udawać piąte, zbędne odnóże tej wstrętnej budowli. Statyw służył jako podpórka jedynie. Nie był warunków aby rozstawić go porządnie.

    Nie przypuszczałem, że w wyjątkowo niewygodnej pozycji przyjdzie mi spędzić najbliższe cztery godziny, obserwując z jak niezwykłym zapałem dziki oddają się obżarstwu. Wspomnieć należy, że na łąkę dotarłem wczesnym popołudniem. Pora dla tych zwierząt niezwyczajna, rzadko wychodzą wieczorem, zdecydowanie preferują noc. Tego dnia widać inne miały plany. Było ich łącznie trzynaście. Trzy duże sztuki, cztery średnie i aż sześć cudownych, malutkich kuleczek, których w trawie nie było niemal widać.

   Pierwszy raz miałem okazję tak długo przypatrywać się dzikom. Są dużo mniej ostrożne od jeleni. Fotografując łanie, zawsze mogę liczyć, że co jakiś czas, któraś łeb z trawy wyciągnie i zlustruje otoczenie. Dziki nosa od ziemi nie odrywają. W ogóle. Maluchy, z obowiązkowo przyklejonym do podłoża ryjkiem, hasały po dużym obszarze, znacznie się od starszych oddalając. Kilkukrotnie zbliżały się do mnie na trzy, cztery metry, ale ginęły w trawach niemal zupełnie. Było je natomiast wyraźnie słychać. Jak na dzieci, mają wyjątkowo niski głos.
   W międzyczasie na perymetrze pojawił się lisek. 

   Bardzo byłem ciekaw reakcji dzików na, bądź co bądź, drapieżnika. Był wyraźnie zainteresowany maluchami. W pewnym momencie jeden z nich buszował mu dosłownie pod nosem. Lis się jednak nie odważył. Spoglądał na lochę, z dużym respektem.

   Dziki też się nim nie przejmowały. Przeszedł przez środek stada, pasiakom krzywdy żadnej nie czyniąc. Co ciekawe, drań słyszał moją migawkę z dużej odległości. Za słup robiłem dobrze, więc mnie nie zobaczył, ale był dużo czujniejszy niż dziki.
   Buszująca w trawach wataha co raz to oddalała się, albo zbliżała. Dwakroć podchodziły bardzo blisko. Jednego migawka aparatu w końcu zaniepokoiła. Chrumknął głośno i odskoczył w popłochu, wyraźnie przestraszony, ale odbiegł kilkanaście metrów w kierunku lochy i gdy zobaczył, że ona niczym się nie przejmuje, z powrotem oddał się błogiemu obżarstwu.


   Dziki do końca nie wyczuły intruza. Wiatr był wyjątkowo sprzyjający. Po długim czasie odeszły spokojnie w dalszą część łąki - spotkałem je wracając. Miałem niezwykłą okazję podpatrywać ich zachowania. Jeden ze średnich dziczków wyraźnie miał w stadzie przechlapane. Co rusz był przepędzany przez innych, zwykle towarzyszył temu głośny kwik i inne, dzicze przekleństwa. Maluchy albo żarły, albo wariowały. Raz, po raz zaczepiały lochę, która się trochę od nich opędzała, ale w końcu swoje wywalczyły. Maciora położyła się w trawach, żeby dzieciakom dać dostęp do mleka. 
    Na łąkę zawitała na chwilę jakaś zbłąkana łania, potem sarenka, a obok mnie (robiącego za słup), dosłownie pod samymi nogami, przeszedł jenot. Początkowo mnie nie widział. W końcu się zorientował, że z tym słupem to coś nie do końca jest jak należy. Patrzył na mnie ogromnie zdziwiony, a im bardziej poznawał we mnie człowieka, tym szybciej przebierał nogami, by w końcu skoczyć jednym susem w pobliskie krzaki. 
   Zwiałem z łąki przed zachodem, przekonany, że Słońce zza chmur nie wyjdzie. Myliłem się (jak zwykle). Wyszło, dając światło przecudnej urody, bo odbite przez warstwę niskich chmur i przesiane deszczem, który się rozpadał. Niestety, siedziałem już w samochodzie, a spektakl trwał może trzy minuty. Ot, kara za przedwczesną rejteradę.

piątek, 17 maja 2013

Czego oczy nie widzą

   Nocne niebo potrafi wzbudzić zachwyt. Im dalej jesteśmy od świateł cywilizacji, im bardziej przejrzyste powietrze, tym piękniejsze będą niebieskie obrazy. Jednak wzrok nasz jest ułomny. Przy niskim natężeniu światła, nie rejestruje koloru. Niebo jest dla nas niemal bezbarwne. Dostrzegamy kolorowe migotanie tylko najjaśniejszych gwiazd. Aparat fotograficzny może więcej. Pamiętam jak dwa lata temu wybrałem się fotografować nocne pejzaże. Ku mojemu zdziwieniu, w nocy można wyprodukować zdjęcie, które wygląda jakby zrobione w dzień. Trawa zielona, niebo niebieskie (choć upstrzone jakimiś kreskami). Aparat widzi kolory, bo kumuluje światło w trakcie długiego naświetlania kadru. Czy dostrzeże kolory na nocnym niebie? A jakże. Wystarczy dać mu dość czasu, by miał szansę zarejestrować dolatujące do nas i mocno przefiltrowane przez atmosferę fotony. Pierwsza fotografia przedstawia najpiękniejszy (jak dotąd) fragment nieba, jaki fotografowałem. Mgławice M8 i M20, położone nisko nad południowym horyzontem.

    Król nocy letniej. Gwiazdozbiór Łabędź w pełnej krasie. Leży na tle Drogi Mlecznej, gdzie zagęszczenie gwiazd jest największe. W tym kadrze program zliczył ich aż 55 tysięcy. Nam jawią się jako srebrzysty obłok, a aparat rejestruje także czerwone chmury międzygwiezdnego wodoru, wyraźniej pokazane na poniższym zdjęciu.

    Wracamy nad południowy horyzont. Fragment gwiazdozbioru Skorpion. Cała konstelacja w Polsce nigdy nie jest widoczna, i wypadałoby się udać zdecydowanie bardziej na południe, żeby podziwiać jej piękno. W tym właśnie gwiazdozbiorze położone jest jądro naszej galaktyki i gdyby nie zasłaniały go miriady pyłów, świeciłoby na ziemskim niebie z jasnością porównywalną do Księżyca. Przeczytałem o tym dzieckiem jeszcze będąc i od tego czasu, przez dziesięciolecia żałuję, że odmówiono nam tego prospektu. Najjaśniejsza, żółta gwiazda to Antares - czerwony nadolbrzym, który kiedyś zapewne wybuchnie jako supernowa. Obok niego, na prawo, pyszni się przepiękna, jedna z najbliższych nam gromad kulistych. "Raptem" 7200 lat świetlnych. 

sobota, 4 maja 2013

Kwiecień plecień...


...poprzeplata, trochę astro, trochę kwiata. Żeby rzecz skomplikować, to astro jest z kwietnia, a kwiatki majowe. Jedna z wypraw była szczególnie obfita w bliskie spotkania trzeciego stopnia. Ledwo zipiąc (starość, nie radość) wspiąłem się na ukrytą w lesie łąkę. Przysiadłem na pniaczku by odsapnąć przed dalszą wędrówką. Siedziałem kilkanaście minut, gdy na łąkę wyskoczył zwierz przedziwny, jakiego jeszcze nie widziałem. Zdjęć nie pokażę, bo pierun szybki był okrutnie i nie nadążyłem z ostrością. Jak się potem okazało, była to kuna leśna. Piękny i niezwykle zwinny zwierzak.
   Drugi przystanek wypadł na szczycie łąki, gdzie postanowiłem przysiąść na dłużej. Rozstawiłem więc niezbędne sprzęty i prowizorycznie się zamaskowałem. Nie czekałem długo. Po długiej zimie, świeża trawa to łakomy kąsek. Z lasu wyszły dwie łanie i przeparadowały przed obiektywem. Przyglądałem się intensywnie, ciekaw czy podejdą nieco bliżej, gdy za sobą usłyszałem szelest liści. Siedziałem na skraju kleszczyny, bo na jej tle mniej kłułem w oczy. Obróciłem głowę i zauważyłem łasicę, która postanowiła zapolować na ptaszka. Zastanawiałem się jakby się tu wykręcić, żeby coś pstryknąć, ale rezultat był jasny do przewidzenia. Zwieją zarówno jelenie jak i łasica. Zrezygnowany westchnąłem sobie cicho, ale i to wystarczyło by ptaszkowi uratować życie. Łasiczka była może trzy metry ode mnie, usłyszała moje żale i nie okazując zrozumienia, czmychnęła. Mi zostały jelenie, a w zasadzie młodziak, który niedługo po łaniach wychynął z kniei.

    Na koniec odrobina astrofotografii. Zajęcie wciągające, pełne wyzwań i uroku. Największym wrogiem astrofotografa są miejskie światła, dlatego miejscówek szukać należy w pewnym oddaleniu od ludzkich siedzib. W moim przypadku wybór padł na łąkę na skraju dużego lasu. Sprzęt rozstawiam wieczorem i czekam aż ciemność zapadnie całkowita. Potem chwila wysiłku, by wycelować w interesujący obiekt i zaś przychodzi czas wolny, bo aparat naświetla kolejne klatki, a fotograf może tępym wzrokiem patrzeć w gwiazdy. Trzy metry od stanowiska rosną niewielkie sosenki. Niekiedy odwiedza mnie tam puszczyk, siada na jednej z nich i poluje na myszy. Widzę go, bo jego sylwetka odcina się na tle nieba. Czasami w krzakach zaszeleści jakiś dzik, czy inna sarenka. Czyste, ciemne niebo to widok zachwycający, z nawiązką nagradzający zarwaną noc.

    Zdjęcie przedstawia gwiazdozbiór Lutni, którego najjaśniejsza gwiazda, Wega, odległa jest od nas raptem o 25 lat świetlnych. Niebo zasnuwała cieniutka, niewidoczna warstewka chmur, sprawca halo wokół gwiazd.

    Niewielki obiekt w lewym dolnym rogu poniższej fotografii to galaktyka M101, którą znaleźć można w gwiazdozbiorze Wielkiej Niedźwiedzicy. Aby ją dostrzec potrzeba dobrej lornetki i ciemnego nieba. Obraz jaki do nas dociera powstał  21 milionów lat temu. Jasna gwiazda na zdjęciu to Alkaid - końcówka dyszla Wielkiego Wozu.

sobota, 27 kwietnia 2013

Szachownica kostkowata

     Co za ironia losu. We wcześniejszym wpisie rozwodzę się, jak to nie lubię fotografować w pobliżu cywilizacji, a tu proszę, raptem tydzień później leżę plackiem na łące, ze trzysta metrów od wiejskich domków. Mało tego. Wstałem na świt! Ooo, to już sensacja sezonu. Ostatni raz takie wydarzenie miało miejsce dwa lata temu. Wszystkiemu winny ten oto człowiek:

oraz ta roślinka:
Szachownica kostkowata, kwiat w Polsce niezwykle rzadki. 
Inicjator spotkania, Witek Maślanka zaprowadził nas w miejsce jakiego dotąd nie widziałem. Potężna łąka, na której aż gęsto od tych pięknych kwiatów. Wespół z Witkiem, Bartkiem Dubielem i Grześkiem Szkutnik rozpełzliśmy się po łące w poszukiwaniu kadrów.
 







     Dla mnie to zupełnie nowe doświadczenie. Łąka była płaska jak stolnica, do czego nie jestem przyzwyczajony,  kwiaty duże, trudno je w kadrze zmieścić, zupełnie inaczej się je fotografuje. Przekonałem się też jak świetnie się gada z ludźmi, których łączy wspólna pasja. 
Witku, Grzesiu, Bartku - dzięki za spotkanie.