Bycza łąka


Nie tak dawno, sprawdzając statystki swojej strony internetowej zauważyłem, że ktoś trafił na nią szukając odpowiedzi na pytanie: „fotografowanie jeleni, rano czy wieczorem?” Żałowałem, że osoba ta pozostaje dla mnie anonimowa – chętnie bym pomógł i wyczerpująco odpowiedział. Dzikie zwierzęta mają inaczej ustawione zegarki niż ich cywilizowani koledzy. Pory największej aktywności przypadają na godziny, w których albo smacznie śpimy, albo zmęczeni całym dniem, rozsiadamy się w fotelu i włączamy telewizor. Trudno jest pogodzić ludzki rozkład dnia z fotografią przyrodniczą. Znakomita większość profesjonalistów i amatorów zrywa się bladym świtem (tak bladym, że aż czarnym), żeby odbywać swoje fotograficzne łowy w najlepszej porze, czyli wczesnym rankiem. Ja też tak próbowałem, ale nie potrafię. Lenistwo i folgowanie własnej wygodzie bierze górę. W poprzednim roku byłem o świtaniu w terenie raptem dwa razy, na kilkadziesiąt wyjazdów fotograficznych jakie udało mi się odbyć. Przyznaję, szczerze, uczciwie i bez zbędnego ociągania, że były to wyjazdy udane i obiecywałem sobie, że muszę częściej tak robić. Szara codzienność szybko jednak weryfikuje najbardziej ambitne plany – w tym roku nie wstałem na świt ani razu. Myślę, że oprócz lenistwa, wpływ na moje decyzje ma także fakt, że do pełni szczęścia wystarcza mi obcowanie z naturą, która jest przytwierdzona do ziemi za pomocą systemu korzeni i na mój widok nie ucieka. Nie muszę fotografować zwierząt, żeby uznać wyjazd za udany, jednak niekiedy i ślepej kurze trafia się ziarnko. O takim właśnie przypadku chciałbym opowiedzieć.

Podczas ostatniej wizyty na Dużej Łące, przez obiektyw wypatrzyłem śliczny zachodni stok, leżący nieopodal, na którym naliczyłem kilkadziesiąt jeleni, a i dziczków kilka by się znalazło. Postanowiłem wybrać się tam przy najbliższej okazji. Jako, że pogoda w niedzielę zdawała się poprawiać, więc nie zastanawiając się wiele, wskoczyłem w ciuchy i pogoniłem na łąkę. Na miejscu byłem krótko po piętnastej. Wiatr nie był korzystny i nie mogłem zająć miejsca, które wcześniej upatrzyłem. Musiałem improwizować. Wybór stanowiska jest istotny z co najmniej trzech powodów. Po pierwsze kierunek wiatru musi być tak dobrany, by zapach (o ile dla zwierząt jest to zapach) nie niósł się w kierunku lasu, z którego spodziewamy się gości, bo inaczej na spodziewaniu się skończy. Drugi to odpowiednie światło. Idealnie jest, gdy Słońce będzie widoczne do samego koniuszka tarczy chowającej się za horyzont. Trzeci aspekt to możliwość zbudowania ładnego kadru. Mi udało się doskonale ustawić względem wiatru i światła, gorzej było z otoczeniem. Las, który stanowił tło był dość blisko i obawiałem się, że na fotografiach będzie nazbyt wyrazisty. Gdy w końcu wybrałem stanowisko zaczęło się czekanie. Nawet nie było nudno. Wzrok cieszył lisek, który polował w pewnej odległości (poza fotograficznym zasięgiem). Gdy lisek poszedł, zastąpił go orzeł przedni, który sfrunął z drzewa i zupełnie od niechcenia upolował myszkę. Odległość dobrych kilkuset metrów skutecznie uniemożliwiała fotografowanie, ale bez skrępowania przyglądałem się szczegółom kolacji przez obiektyw. Chwilę potem z lasu po prawej wyszła grupka jeleni. Dwie łanie i cztery maluchy. Ucieszyłem się, bo bardzo chciałem sfotografować młode jelonki, ale jak się okazało zielenina jeszcze nie dla nich. Ułożyły się grzecznie w wysokiej trawie i tyle je widziałem. 
Tymczasem łanie zajęły się posiłkiem. Popasały swobodnie w sporej odległości, ale podjadając trawiaste smakołyki, krok po kroku zbliżały się do mnie. 

Po godzinie jelenie były już dość blisko, żeby usłyszeć migawkę aparatu. Przyglądały mi się bacznie, a przez obiektyw widziałem jak intensywnie pracują nosami, próbując mnie zwęszyć.




W końcu jedna z nich podjęła zdecydowane działania. Postanowiła obejść mnie dookoła i skutecznie sprawdzić zapach. Jej reakcja mnie zdziwiła. Spodziewałem się, że gdy mnie wyczuje da sygnał do odwrotu, tymczasem wróciła z rekonesansu i nic szczególnego się nie wydarzyło. Łanie wprawdzie postanowiły się zwinąć, ale nie w panicznej ucieczce. Spokojnie się oddaliły w inny rejon łąki. 
Nareszcie mogłem się rozprostować. Przez ponad godzinę praktycznie się nie ruszałem. Łanie są bardzo ostrożne. Co rusz któraś podnosiła głowę i sprawdzała teren. Widziałem jak reagują na głosy ptaków. Gdy usłyszały jakiś głośniejszy ptasi okrzyk, natychmiast głowy wyskakiwały z traw i dokonywały inspekcji otoczenia. Długo się swobodą nie cieszyłem. Raptem kilka minut później, z prawej strony zaskoczyła mnie spora chmara. Były blisko, dużo bliżej niż wcześniejsza grupka. Natychmiast mnie usłyszały, ale reakcja była znów zaskakująca. Tym razem dziwne dźwięki wzbudzały co najwyżej umiarkowane zainteresowanie.














Jelenie były tak skoncentrowane na jedzeniu, że trudno było zrobić zdjęcie. Przez większość czasu jaki z nimi spędziłem, przed oczami miałem mniej więcej taki obrazek:
Głowy pilnie pochylone i skoncentrowane na przeżuwaniu i łykaniu. W chmarze dużo było młodych samców, ale były też zwykle bardzo ostrożne łanie, mimo to, kontrola otoczenia była zaniedbana w porównaniu do wcześniej obserwowanej grupy. Przeżywałem fotograficzne frustracje, bo w kadrze były same bezgłowe tułowia, no chyba, że któregoś zaswędziały rogi:

W końcu grupa się rozproszyła i kilka sztuk podeszło naprawdę blisko. Migawka znów wzbudziła ich zainteresowanie i zaczęły mi się bacznie przyglądać:











W pewnym momencie przyglądało mi się sześć sztuk, stojących niemal w półkolu wokół mojego stanowiska, w odległości 15 – 20 metrów, intensywnie wpatrzonych, wszelkimi zmysłami usiłujących odkryć co to za zwierzę wydaje takie dziwne odgłosy. Wtedy właśnie spełniło się moje marzenie o sfotografowaniu młodego jelonka. Młokos, gdy tylko zobaczył zorganizowaną akcję dorosłych, natychmiast postanowił do nich dołączyć. Chyżo pobiegł w moim kierunku. Adrenalina skoczyła, ręce się roztelepały. Chwilę wcześniej przycisk migawki w pilocie raczył się zaciąć. Nie wiedziałem co robić. Biegnie do mnie moje fotograficzne marzenie, a ja nie mogę robić zdjęć, bo boję się położyć rękę na aparacie, bo sześć par oczu jest we mnie intensywnie wpatrzonych i mogą ten ruch dostrzec, a ja stracę szanse na jakiekolwiek zdjęcie. Uparty przycisk na pilocie zdecydował za mnie. Nie dał się drań z miejsca ruszyć, więc ja się ruszyłem. Położyłem rękę na aparacie i zrobiłem trzy zdjęcia malca. Dwa były poruszone, bo czas był już dosyć długi (w stosunku do ogniskowej obiektywu), ale trzecie, na szczęście, było ostre. To właśnie ten młodzieniaszek, sprawca tylu emocji, uwieczniony jest na pierwszej fotografii wpisu.

Marzenie się spełniło. Przepełniało mnie uczucie ogromnej satysfakcji. Zwierzęta do końca mnie nie zobaczyły. Powoli oddaliły się na 100 metrów i dalej spokojnie sobie popasały. Choć słońce było jeszcze ciągle nad horyzontem, zdecydowałem wycofać się z łąki. Fotograficzny głód został zaspokojony z nawiązką. Nie chciałem im dłużej przeszkadzać. Opuściłem Byczą Łąkę a po drodze do samochodu spotkałem jeszcze dwie łanie, zajączka i dzika, który zawarczał na mnie z głębin lasu, wyraźnie zaznaczając, że wieczorem on tu rządzi.

Komentarze

Popularne posty